Buty z membraną

Buty z membraną

Buty z membraną

Buty z membraną – kolejny Zdziś

Okres karencji właśnie mija wrzucam więc nowe foty.

Tematem miały być wodoodporne buty trekkingowe. Redakcja zaproponowała mi aby wykorzystać piękne gotowe rozbryzgi ze stocków i zrobić jakiś efektowny montaż. Na szczęście udało mi się storpedować ten pomysł – bo nie wiem jak trzeba być dobrym aby to jakoś wyglądało. A zresztą jestem fotografem a nie grafikiem-ilustratorem. Wspomniałem w rozmowie, że na czarnym wyglądałoby to świetnie i ku mojemu zdumieniu usłyszałem:
– masz wolną rękę, zrób to jak chcesz, prześlę ci tylko układ strony abyś wiedział ile ma być miejsca na opisy
Z tą wolną ręką to oczywiście należy to rozumieć – rób jak chcesz ale aby nam się podobało. Ale czarny bardzo mnie ucieszył (od razu oświadczyłem, że będzie czarne) bo dawno nic tak nie robiłem a to bardzo wygodna dla fotografa konwencja. Stylistka przywiozła buty, kandydat na okładkę był już znany i miał zgodę na topienie. Co do reszty na rozkładówkę to jakieś drobne ochlapanie wchodziło w rachubę ale nic więcej. To zresztą w naszych realiach częsta wytyczna – przedmioty mają wrócić w idealnym stanie. Wybieramy więc 5 pozostałych butów. Jest problem kompozycyjny do rozwiązania, trzy buty mają wysoką cholewkę, dwa to trzewiki więc nie ma szans tego zrobić aby któryś wysoki botek nie przechodził przez łamanie strony. Typujemy kandydata i układamy taki szkic

Linia to będzie poziom wody. Taki układ ma tę zaletę, że można swobodnie operować położeniem drugiego i czwartego buta zmieniając proporcje kadru. Najbardziej toporny bucior trafia na środek, gdzie będzie mocno zatopiony (bo ma najwyżej założoną gumę). W ten sposób powinien też dobrze wyglądać.  Chyba nic lepszego nie wykombinujemy. Moja stylistka pyta się do której planuje zdjęcia i wspomina, że jedzie do Warszawy na zdjęcia, na parę dni, i fajnie byłoby aby zdążyła się spakować. Tak nawiasem mówiąc często współpracuję z dziewczynami z branży filmowej i radzę, jak macie możliwość wyboru, to korzystajcie tylko z usług takich. Mówię więc:
– spadaj, dam sobie radę sam
– ale na pewno???
– spoko dam sobie radę sam, idź odpocznij sobie choć chwilę, nie jesteś mi potrzebna
Patrzy podejrzliwie i nie jest to całkiem nieuzasadnione, bo wolne ręce do pracy na planie zawsze mile widziane, szczególnie takie ręce. Ale damy radę!

Skoro pozbyłem się pomocy to postanawiam sobie dzisiaj przemyśleć temat, przygotować plan a właściwą robotę zrobić na spokojnie w sobotę. Zostawiam układ zaprojektowany z Donatą gdzieś po ścianą ale na wszelki wypadek robię sobie fotkę jakbym zapomniał. Odszukuję akwarium, które spokojnie kurzy się od paru lat. Jest trochę małe ale trudno, będę musiał trochę pokombinować – na pewno nie chce mi się jechać po drugie a później szukać miejsca na półce dla kolejnego grata. Doprowadzam je do porządku, Kumpel zakleja dół i boki folią matówkową – będą powierzchniami świecącymi. Ustawiam ażurową podstawę (aby móc tam ewentualnie postawić reflektor), pod dno daję dodatkową szybę z poliwęglanu. Jutro pierwsze pójdzie zdjęcie okładkowe. Prawie zawsze pracuje w takiej kolejności – wpierw tytułowe a później kolejne.

Rano napełniam je wodą. Moje doświadczenia wskazują, że zdecydowanie najlepsza jest źródlana. Dopiero wypełnienie takiego, niedużego w sumie, pojemnika za 30 zł uzmysławia jak koszmarnie droga jest woda w sklepie. Po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że jeśli zostawię około 4 cm niewypełnionej wodą przestrzeni to ograniczę chlapanie ale jednocześnie „korona” powinna wyjść jeszcze dobrze. Przy takich zdjęciach podstawowy jest czas błysku – minimum to 1/2000 a krócej też mile widziane. Na szczęście moje lampy mają deklarowany czas błysku 1/10 000  więc tego problemu nie będzie. Teraz kwestia oświetlenia. Na pewno konieczne są światła boczne i być może też dolne. Instaluję dwie jednostki z parabolami i plastrami miodu. Po dłuższym namyśle rezygnuję z trzeciego, dolnego – po pierwsze ta lampa będzie najbardziej narażona na wodę a po drugie trochę dołu powinno się odbić od dwóch pozostałych. Teraz samo wrzucanie – but musi być na uwięzi aby lepiej panować nad efektem ale też nie rozbić akwarium. Instaluję więc potężny statyw z poprzeczką aby móc dokładnie panować nad wysokością. Teraz pora zatopić buta aby nasiąknął wodą i tu lekkie zdziwko bo zdecydowanie ma ochotę pływać. Szukam obciążników i mocuje je tak aby przypadkiem nie miały ochoty wypaść i rozbić szyby. Czyli chowam pod wkładką. Jeszcze zakładam wielkie worki foliowe na lampy, ustalam siłę (okazuje się, że wykorzystam całą siłę błysku). Chwila próby się zbliża…

Od dłuższego czasu mam zamiar nabyć jakiś trigger, ale jakoś było nie po drodze, a takie zdjęcia są u mnie dość sporadyczne. Trzeba to zrobić „po staremu” –  czyli na oko (tu mi się od razu przypomina Gus z Pingwinów z Madagaskaru).

Jak chcesz coś zrobić to rób po swojemu

To chyba też moja filozofia. Biorę wężyk do prawej ręki, lewą podnoszę buta. Prawie jednocześnie rzucam buta i naciskam spust. I od razu jest naprawdę nieźle ale ponieważ zamocowałem lekko asymetrycznie podwieszenie buta (aby mieć mniej retuszu) to zbyt mocno pokazana jest podeszwa. Poprawiam podwieszenie. Wycieram szybę i powtórka i jeszcze raz. Czwarta fota jest już w dolnej części idealna,  wcześniej miałem przynajmniej dwie dobre góry w zasadzie mógłbym skończyć. Ale nadgorliwość każe mi podjąć jeszcze trzy próby. Nic lepszego już nie wychodzi a nie chce mi się sprzątać więcej jak trzeba – idę na komputer sprawdzić co mam.

Oglądam i upewniam się, że jakieś próby montażu z jakiś gotowych rozbryzgów wody w stosunku do „rzetelnej fotografii” to jest nieporozumienie. No bo popatrzcie!

W górze na powiększeniu to jest w ogóle kosmos
Najbardziej zdumiewa mnie rodzina poruszonych komet – jeśli mam tę 1/10 000 s to muszą być naprawdę równie szybkie jak te prawdziwe.

Teraz gotowa fota sklejona z dwóch plus „poszerzenie” (bo od buta miałem może po 5-7 cm planu). Do tego sporo zmian w kompozycji poszczególnych elementów i pousuwanie całej drobnicy i wyszło coś takiego.

Teraz druga fota. Na początek mam dylemat. Mógłbym opróżnić trochę akwarium i wykorzystać cały układ ale będę miał krawędź do retuszu (bo akwarium jest zbyt niskie) plus warstwę psującą jakość i jakieś krople do ciągłego wycierania. Druga opcja – dopełnić wodę dokładnie do krawędzi poza minusem chlapania po studiu ma też taki, że jeślibym chciał mieć identyczne światło to powinienem zainstalować na przedłużeniu ścianki płaszczyznę rozpraszającą np blendę. Lenistwo bierze górę i dochodzę do wniosku, że podniosę tylko parabole (te z plastrami). Pierwsze i trzeci but idą szybko ale z piątym robię chyba z 10 fot i tylko jedna może być – tutaj jest już maleńki margines na błąd a ja już się zdekoncentrowałem. Uznaję więc, że ta jedna fota musi wystarczyć. Fota dwa i cztery to formalność bo buty polewam z butelki. Wołam komponenty, szkicuję projekt i wysyłam je do obrobienia i montażu.
W poniedziałek wysyłam to do redakcji i… no nie rozdzwoniły się tel ale… dostaje takie emaile:

jpd… posrałem się 
fantastyczne te foty!

no dla mnie POWAŁKA!
chylę czoła Mistrzu.

i sms

Super zdjęcia z butami! Szapoba 

Zastanawiam się czy podpompować swoje ego czy uznać, że to „normalnie rzetelnie zrobiona robota – jak każda którą robię”. Ale ogólnie to fajnie jest czasem dostać szansę na fajne foty. Ale aby nie było tak całkiem różowo to troszkę później, biorąc gazetę do ręki widzę taki projekt.

Ja rozumiem, że chciałoby się pokazać te wszystkie szczegóły i przygrzmocić ale jednak troszkę oddechu naprawdę by się przydało. Skarżę się Donacie a ta jak się okazuje już wypunktowała grafików tłumacząc, im (dosadnie), że nie zawsze większe oznacza lepiej. Ale co do rozkładówki to nie mamy najmniejszych zastrzeżeń – wyszło ślicznie.

Robota Zdzisia(j). Dozwolone od lat 18tu

Robota Zdzisia(j). Dozwolone od lat 18tu

Robota Zdzisia(j). Dozwolone od lat 18tu

Wychodzi mi, że to chyba mój 13 tekst w tym wątku* więc będzie coś specjalnego. Zdjęcie jest całkiem świeże (akurat minął okres karencji). Jak będą takie jeszcze ciepłe foty to będę je oznaczał jako robotę Zdzisia(j).

* w blogu jest inna numeracja i tutaj jest numer 29
Zaczęło się tak

– Wiesław, dzisiaj ch….owa robota (oznajmiła mi moja stylistka, wchodząc do studia z trzema dużymi charakterystycznymi foremkami)
– no nie rób se jaj

Dalej było równie interesująco
– no chyba wyszedł mi za duży
– nie, no co ty, wygląda normalnie  , no ale pewnie… lepiej się znasz (to ja)
– trzeba trochę skrócić
– rób co trzeba

– może byś jeszcze troszkę białka tutaj naniosła, tak z boku (to już podczas zdjęć)

I tak dalej niezbyt… wybrednie. Skutek też był taki …dosłowny.

A w kwestiach modelarskich to przygotowałem plastelinę, wypełniłem nią delikatnie pierwszą skorupkę i wbiłem patyk do szaszłyków. Wyciągnąłem wkrętarkę i przepołowione na pół skorupki jąłem delikatnie wiercić. Moja stylistka popatrzyła na to z politowaniem i resztką patyka – dziab – elegancka dziureczka. Chwila i makietka była. Na planie troszkę walczyłem, założyłem światła konturowe ale efekt nie był zadowalający (bo eksponowało potrzaskaną linię) więc uprościłem światło dając tylko trochę bocznego. Aby wprowadzić dynamikę dodałem to ściekające białko. Wcześniej była dłuższa dyskusja o kolorze i już nie przytaczając argumentów powiem, że wygrał ten ciepły, powiedzmy cielisty, żółty. Na zakończenie te rozbite dwadzieścia parę jajek wlałem do słoika i dałem kumplowi aby je zutylizował.

W poniedziałek przyszedł i powiedział:
– moja znajoma zrobiła z tego ciasto – sprzedaliśmy je na festynie parafialnym
– piękne…

Od razu powiem, że nie jest to specjalnie oryginalny projekt – podobne pomysły od dłuższego czasu są w obiegu advertorialowym. Są jakieś różnice oświetleniowe, kolorystyczne. Tutaj zastosowaliśmy cieliste tło – chyba to troszkę zmiękcza obraz bo było to do kobiecego czasopisma. W męskiej wersji  zastosowałbym pewnie ostre białe tło.

Ciekaw jestem jak ktoś pierwszy na to wpadł – tłukł jajka i nakładał na siebie skorupki a potem zauważył podobieństwo?

W gazecie wyglądało to tak.

Składana końcówka Luny czy zasługuje na nazwę BD?

Składana końcówka Luny czy zasługuje na nazwę BD?

Składana końcówka Luny czy zasługuje na nazwę BD?

Składany BD – pic czy fotomontaż?

Uwaga – tekst jest techniczny. Napisałem go dla potencjalnych użytkowników tej końcówki. Nie pasuje to zbytnio do zasadniczej tematyki bloga ale… na razie nie mam go gdzie wrzucić. Być może kiedyś dorobię jakiś inny blog tematyczny i tam przeniosę.

Ponieważ brakowało mi co najmniej jednej lampy akumulatorowej (do sesji co ją będę musiał zrobić) więc „wybrałem się” na zakupy. Przy okazji wpadł mi w oczy składany BD (Luny). Jest on oparty o zupełnie inny pomysł jak końcówki, które mam i oczywiście zainteresował mnie choćby z tego powodu. Spodobały mi się przede wszystkim jego kompaktowe wymiary po spakowaniu i wygoda rozkładania. Uznałem, że zdołam wepchnąć go do plecaka (spakowanego do roboty bez dostępu do prądu) i na wyjazdach będę miał jedną wolną rękę (bo w drugiej torba statywowa). Wiedziałem, że w razie czego można zdemontować deflektor i będzie to zwykła okta.

W kwestiach mechanicznych końcówka nie rozczarowuje – jest naprawdę udana choć kapkę ciężka. Ale interesowało mnie jak to świeci? Oczywiście jakieś próby sprawdzania tego podczas jakiś sesji to nieporozumienie więc wygospodarowałem trochę czasu w studiu aby to dokładniej sprawdzić. A jak już porobiłem trochę testów to wyniki były na tyle interesujące, że postanowiłem podzielić się tą wiedzą z zainteresowanymi. Sam opis produktu i pokaz składania znajdziecie sobie w internecie.

Kupiłem, założyłem, pod końcówką postawiłem aparat. Użyłem UWA aby było widać całe oświetlane pole. Zaplanowałem dwie serie zdjęć. Na początek dwa metry od planu czyli dużo. Po kolei zdjęcia.

Pierwsze dwa zdjęcia to „podstawowa” funkcja końcówki. Są dwa bo producenci montują wklęśnięciem do palnika a prawidłowo jest odwrotnie – chciałem sprawdzić czy ma to istotny wpływ – nie ma. Dalej założyłem rozpraszacz na końcówkę i w obu pozycjach zrobiłem zdjęcie z deflektorem i bez. Na końcu jest efekt po ściągnięciu deflektora i bez tkaniny. Widać, że jest pewnie z 1 EV lepiej.

Byłem ciekawy czy po przybliżeniu lampy do ściany coś się zmieni, odległość 1 m – dość blisko. Na początek BD, później „okta” (z deflektorem) i goła lampa.

Jak widać charakterystyka świecenia jest bardzo zbliżona i przybliżanie i oddalanie końcówki jej nie zmienia. Na końcu macie pracę zestawu goły palnik i odbłyśnik. I jak widać kolejne EV lepiej przy całkiem sympatycznej charakterystyce.

Teraz postanowiłem porównać to składane ustrojstwo z metalowym, srebrnym BD, który mam w studiu. Pierwsze zdjęcie to normalna praca tej końcówki, druga z plastrem miodu a trzecia po wysłonięciu brzegów reflektora (powiedzmy po 1/3). Widać, że w „prawdziwym” BD można bardzo ograniczyć sianie światłem po planie zachowując dużą dość powierzchnię świecenia. Z tego też powodu jest to końcówka wyjątkowa, nie podrabialna i tutaj składak nie ma dobiegu.

Można teraz porównać składanego BD  z metalowym (w trybie podstawowym)
Powiedzmy, że widać różnicę.

A tutaj odpowiedź dlaczego w składaku jest tak nierówno.

Teraz pora na analizę czy jest źle czy akceptowalnie. Pomiary wskazują, że środkowe przyciemnienie składanego BD to jest 10% względem najjaśniejszego okręgu. Podobnie jest z tym kolejnym przyciemnieniem też około 10% w dół. Ci co trochę znają fotografię wiedzą, że takich różnic z reguły się nie zauważy. I z takim wnioskiem pozostańmy. Szału nie ma, tragedii też.

Nie byłbym sobą gdybym nie postanowił drążyć dalej. Postanowiłem sprawdzić czy można wykorzystać składaka Luny w roli… snoota. Zdjąłem deflektor, złożyłem ścianki, założyłem firmowego rzepa (gumka byłaby chyba idealna). I znów seria zdjęć.

Wniosek jest zaskakujący – składak to bardzo dobry snoot (o mniejszym polu widzenia od fabrycznego). Bez problemu można włożyć plaster z tego fabrycznego aby jeszcze zawęzić wiązkę.

Bardzo mi to poprawiło humor. Dodatkowa końcówka bez konieczności targania. I w ramach jednej ceny.

Jeśli myślicie, że na tym poprzestałem testy to się mylicie teraz nastał czas na wolne pomysły. Otóż rozkładane poprzeczki plus gwiaździsty układ po częściowym rozłożeniu zachęcają do zabaw z kształtem plamy oświetleniowej. Bardzo łatwo można też powsadzać jakieś improwizowane gobo. I parę fot.

Pierwsze to układ z niepełnego otwarcia, drugie z kawałkami czarnego strecza, na końcu autoportret (co teraz jest selfie).

Wnioski.

Końcówka używana jako BD nie będzie miała specjalnej przewagi nad oktą tej samej wielkości. W funkcji BD można jej użyć na wyjeździe ale w studiu uznałbym, że trochę nie wypada. Za to możliwość zrobienia improwizowanego snoota o doskonałych parametrach bardzo podnosi atrakcyjność tej oferty. Po złożeniu końcówka jest bardzo krótka (ale troszkę szersza od innych składaków). Mnie całkiem przypasowała. Będzie dobra w improwizowanych warunkach, przy założeniu minimalizmu sprzętowego.

Postanowiłem jeszcze (po pytaniach na forum) pokazać zalety pakunkowe tego rozwiązania. Na początek spakowana końcówka – średnica standardowego pierścienia Bowensa (na górze), wysokość około 35 cm.

A teraz niespodzianka – zobaczcie co się mieści w środku spakowanego BD Luny. Jak widać całkiem sporo a prawdę powiedziawszy było jeszcze miejsce.
Uwaga: czasza to najmniejsza „minimalistyczna” końcówka tego typu. Mam do niej plaster miodu więc całkiem przyzwoicie spełnia rolę (w studio używam jednak innych jej odpowiedników).  Większe czasze też można wpakować ale poszerza to wymiar złożonej końcówki.

Na drugim zdjęciu prowizorycznie spakowany plecak. obok dwóch źródeł akumulatorowych wrzuciłem małą lampę sieciową. Prawdopodobnie przy super determinacji dałoby się zmieścić jeszcze drugą akumulatorówkę i aparat z jednym obiektywem. Akumulator do tej pierwszej jest pod pierścieniówką.

Jak widać taka a nie inna konstrukcja tej końcówki pozwala bardzo dobrze (po demontażu deflektora) wykorzystać miejsce. Średnica końcówki 70 cm to nie jest jakiś szał ale jeśli nie podrabiamy super dopracowanej fotografii studyjnej to bardzo często będzie wystarczająca. Od dawna na wszystkich wyjazdach staram się zmieścić sprzęt foto w plecaku i torbie statywowej. Jeśli ktoś nie używa lampy pierścieniowej (która jest wyjątkowo nieukładna) to powinien spakować nawet trzy pokazane kompakty akumulatorowe być może z dwoma takimi końcówkami.

Jak sobie radzić z wieloelementowymi kompozycjami. Esej 1

Jak sobie radzić z wieloelementowymi kompozycjami. Esej 1

Jak sobie radzić z wieloelementowymi kompozycjami. Esej 1

Dzisiaj będzie o całkiem świeżej realizacji. W tle głowy mam cały czas temat o wieloelementowych fotach co mi go zadał 90s. Postanowiłem, upiec dwie pieczenie przy jednym ognisku i napisać jeden o kulisach pracy nad tym materiałem a później załatwić jakiś pierwszy fragment odpowiedzi na postulowany dezyderat. Na początek jednak.

Czarne jest czarne, białe zaś białe czyli lekko zleżały Zdziś

Zaczęło się to zgodnie z procedurą, moja producentka i stylistka zadzwoniła:
– będziemy robić perfumy na noc i dzień, przesyłam Ci inspirację żebyś zobaczył czego oczekują.

Obejrzałem foty i lekko szczena mi opadła. Co to za skansen dostałem? Foty na lustrze, kto dzisiaj jeszcze tak robi! Od razu mi się zobaczyło w głowie, że siedzę w fotelu z pledzikiem, odwiedzają mnie jacyś ludzie, co ich nie poznaję,  i opowiadam trzęsącym się starczym głosem (patrząc na swoje odbicie na ścianie)
– a wiecie kiedyś to się stawiało przedmiot na lustrze i fotografowało… (dramatyczna pauza) …to były czasy… pamiętam jak dziś…
– aaa (szum podziwu)
A tak na poważnie rzeczywiście, powiedzmy w latach 80-90, było to bardzo standardowe podejście, wszystko robiło się na lustrach. Z czasem stało się to passe. I właśnie takiego ramola z XIX w dostałem od redakcji. Patrzę i to jest nawet na normalnym lustrze (a nie na tych napylonych na podłoże). Zasadniczy problem jaki widzę to, że ta symetria nie wnosi nic do obrazu. Oczywiście wiem, że dzięki temu układowi kompozycja nie jest wąską kichą, ale uzasadnienie kompozycyjnie to jest jednak dla mnie za mało. Pierwsza myśl jest taka. Zrobię to na białym i czarnym lustrze czyli plexi. Odbicia będą zdecydowanie mniej dosłowne, nie będzie nadmiaru elementów. Gadam z Donatą, ta przekonuję redakcję i oba lustra klepnięte. Ale drąży mnie robak niepokoju:
– może potraktować to jako szansę i rozliczyć się z tą lustrzaną przeszłością, wrócić w to samo miejsce w zupełnie innym punkcie?
Widzę problem po stronie realizacji oświetleniowej, nie jestem na 100% pewien czy uda mi się na tym samym „zwykłym” lustrze uzyskać dwa odmienne i spójne efekty. Myślę i myślę i ustalam, że jednak da się. Chyba. Nie jest to co prawda to co macie w łazience tylko srebrny HIPS. Materiał niezwykle wdzięczny (i bardzo delikatny) a przy grubości 1,5 mm (są oczywiście też grubsze) można go dowolnie deformować.
Jako punkt wyjścia zakładam doskonale czarny i biały obraz wyrąbany jak grafika. Oczywiście etykiety i kształt butelek jest święty. Zaczynam od obu kompozycji (o tym napiszę na końcu). Do realizacji wybieram wpierw czarny – wiem, że tu będą schody. Inwentaryzacja pokazała, że jedne perfumy są złotym lustrem (to imitacja sztabki), dwa są przezroczyste i jasne, dwa przezroczyste i kolorowe. W tym jeden nie ma klasycznej etykiety (tutaj są nikłe szanse na dobre oddanie nazwy). Najgorsze, że butelki są typu „stealth” (czyli odbijają światło tylko w zakresie wąskich kątów). Zakładając, że chcemy ograniczyć sianie światłem oznacza to bardzo precyzyjne ustawienie wielu reflektorów. Zaczynam więc z niewielkimi powierzchniami i długo się męczę. Wypadłem z rutyny – ostatnio mam mało codziennej studyjnej pracy – robię teraz 2 takie tematy miesięcznie. Muszę stopniowo powiększać powierzchnie reflektorów. Po żenująco długim czasie mam ustawione pięć punktów za to z wynikiem jaki chciałem. Teraz pora przyjrzeć się efektom w lustrze. Lekkie podklinowanie i można kształtować dowolnie deformacje. Troszkę nieśmiało (teraz to widzę) ustawiam „płynięcie” i fota jest.
Z drugą jest o niebo prościej. Inwentaryzacja pokazała, że trzy obiekty są przezroczyste (w tym jeden kolorowy) a dwa to szczotkowane aluminium. Jedyny problem fotografa to zrównanie walorowe i charakterologiczne tych nieprześwitujących obiektów z tymi transparentnymi. Nie jest to specjalnie trudne – wystarczyły dwa reflektory. Jeszcze trochę pracy nad deformacjami (rozkręcam się) i jest. Teraz czeka mnie jeszcze koszmarny retusz czarnego zdjęcia – tak zastosowane światło makabrycznie wydobywa najmniejszy pyłek a u mnie standardowo – syf. W sumie prawa fota zajmuje mi tak z 6x więcej czasu jak lewa. Ale liczy się para i jest! Bezkompromisowo – XXI w. Chcieli lustro – mają lustro…

Jeszcze muszę wytłumaczyć się Dyrektorowi Artystycznemu, który zadaje pytanie:
– chciałeś na plexy zrobić, czemu zrobiłeś na lustrze?
Tutaj nie mogę bredzić nic o przeszłości, twórczym powracaniu do korzeni i rozliczeniach. Wysyłam więc wyjaśnienie:
– główny problem jaki dostrzegłem po dłuższym zastanowieniu to to, że na czarnym byłoby dobre “lustrzane” (jakkolwiek ciemniejsze) odbicie a na białym jednak byłby to głównie kontur. Bałem się, że razem to może słabo siedzieć – w jednej kompozycji będzie symetria a w drugiej coś innego. Strona po stronie mogłoby to jeszcze wyglądać ale obok raczej słabo. Postanowiłem spróbować osiągnąć efekt dzienno-nocny na tym samym materiale (lustro) dzięki czemu razem to dobrze siedzi.

Kompozycje wieloelementowe – sztuka osiągania ładu.

90s wrzucając swoje pytania o komponowanie z wielu elementów nieźle mnie załatwił. Zdałem sobie sprawę, że w tej materii stosuję całą gamę chwytów a co gorsza nie wszystko mam dokładnie poukładane i intuicja (np. w ujęciu Bukartyka) bardzo się przydaje.

Czyli intuicja podpowiada mi żeby tym tematem się nie zajmować…

Chrzanić te obawy. Pierwszą możliwą metodą jest szukanie harmonii. To będzie dobra droga gdy przedmioty są równocenne. Oglądam zestaw pod kątem szukania podobieństw. Czyli tworzę kategorie. To podobieństwa obejmuje różne cechy przedmiotów np – kolor, kształt, powierzchnię, fakturę, materiał, dodatkowe elementy, teksturę. Słowem wszystko co mogę wykorzystać w kompozycji i oświetleniu.

Popatrzmy na pierwsze zdjęcie.

W czerwonych kółkach zaznaczyłem harmonijne zestawienia. Pierwszą łączy przezroczystość i brak barwy drugą zbliżona forma i nietransparentne wykończenie. Z zestawiania ze sobą podobnych przedmiotów jest dodatkowa korzyść przy oświetlaniu bo można zastosować jeden dedykowany reflektor na grupę. Wiem też, że łatwo uzyskam harmonię obu grup. Znak zapytania to słaby dysonans – co zrobić z tym kolorowym flakonem pojęcia nie mam. Pora na kompozycję. Wydaje mi się, że tylko zwartym układzie mam szansę, do tego jednak wtedy przedmioty są największe. Tworzę wyraźne centrum kompozycji. Liczę, ze ten pomarańczowy flakon jakoś przejdzie.
Pora na drugą grupę. Tutaj jest gorzej – od Sasa do lasa. Podobieństwo jest w zamknięciach i ewentualnie rytmie wysokości. I dostrzegam absolutny dysonans w butelce Boss.
Perfumy Pure chcę otworzyć aby było ciut ruchu i to od razu determinuje prawą pozycję w kompozycji. Zauważam, że po otwarciu można oświetlić fragment zamknięcia tak aby korespondował z 212 VIP.
I jeszcze skoro Boss nigdzie nie siedzi to trzeba konsekwentnie to wykorzystać. Robię z niego klucz układu.
Teraz porównuję lewą i prawą grupę wygląda to całkiem sensownie, dwie kompozycje o podobnych dominantach. Zwarte, zbliżone wysokością i proporcjami. Teraz pora zrobić z nich doktora Jekyll i pana Hyde. Dwie twarze tego samego. Ale to już znacie – światło potrafi zdziałać cuda, i bez dwóch zdań bardzo silnym czynnikiem unifikującym jest tutaj deformacja odbić.

Na koniec taka smutna refleksja. Jest naprawdę podłamujące, że przeważnie trzeba na trzustce stawać aby wymodzić coś z zbieranin, które ostatnio dostaję. Nieraz oglądam robotę moich kolegów po fachu w Anglii czy Niemczech i widać, że tam jest to zbiór starannie przemyślanych i pasujących przedmiotów na pewno nie z marketingowej łapanki. W zasadzie samograje. Choć nie zawsze – w referencyjnej pracy fotograf miał też szwarc, mydło i powidło…

Powoli, a nawet szybko, moje advertorialove poletko kurczy się do niezbyt istotnego i ciekawego spłachetka.

Ale oczywiście nadal każdą fotę traktuję jako szansę i bez walki się nie poddaję. I jeśli na końcu widzę taki piękny efekt na rozkładówce to jednak sens pracy widzę.

 

Między przedmiotowością a opowiadaniem

Między przedmiotowością a opowiadaniem

Między przedmiotowością a opowiadaniem

To kolejny tekst, który powstał na bazie dyskusji na forum nikoniarze.pl

Zostałem poproszony o ocenę poniższego zdjęcia. Autor Jakub Pyrdek (inne foty na https://www.flickr.com/photos/90s/).

Napisałem:

To bardzo porządna robota – pięknie ustawione tinty i doskonała kolorystyka. Napis w szkle wyszedł Ci sam z siebie czy to raczej dodatkowy reflektor? Takie zdjęcia nie są wcale proste – raz, że nawet butelka trochę waży (czyli solidniejsza płyta) ale przede wszystkim trzeba kontrolować całą półsferę światła. Bardzo ładnie wyszła Ci ta tinta z lewej – krawędź światła tylko delikatnie zarysowana – zupełnie nie przeszkadza. Z prawej praktycznie niezauważalna. Razem (wydaje mi się) drobiazg 5 starannie ustawionych reflektorów pięknie dobranych tonalnie i kolorystycznie. Można dyskutować czy to horyzontalne najjaśniejsze rozświetlenie nie jest ciut jasne i nie wypada nieznacznie z palety ale to była Twoja decyzja i na pewno o błędzie trudno tu mówić. Czyli oświetleniowo bardzo zgrabnie.
Trochę zarzutów miałbym do kompozycji – dla mnie jest za mało dołu bo pracę traktuję jako składnik projektu. Górę idzie dorobić a z dołem będzie problem jeśli będziesz chciał zrobić pion. Również nie odpowiada mi odległość szklaneczka – butelka. Wydaje mi się, że ustawienie kolizyjne (krawędź szklaneczki nachodząca na butelkę) byłoby ciekawsze – tak wzrok mi chyba zbyt skacze między obiektami. Ale oczywiście nie robiłem tej foty więc być może tak jak zrobiłeś jest najlepiej.
Na koniec koncepcja – traktuję to jako coś reklamowo-advertorialowego. Wartość zdjęcia ujawni się razem z choćby szpaltą tekstu a jeszcze lepiej z sloganem. Być może razem da to już znakomity rezultat. Ale zawsze powstaje pytanie czy zrobiłem absolutnie wszystko aby kupić uwagę widza na dłużej? Choćby rzucić niedbale zamknięcie butelki – może złamie to troszkę zbyt wymuskane zdjęcie? Może ktoś z czytelników dorzuci jakiś inny pomysł.

Podsumowując – wygląda, że pora teraz skupić się na aspektach komunikacyjnych fotografii bo na polu warsztatowym jest naprawdę fajnie.

Fotograf w swojej realizacji wydobył urodę przedmiotu i zbudował piękną kompozycję – razem powstał harmonijny i efektowny obrazek. A ponieważ poczucie piękna (a nawet nieustający głód piękna) jest wkodowane w nasze głowy to „pięknościowa” metoda fotograficzna stała się obowiązująca i wystarczająca (dotyczy to w szczególności działalności zawodowców).

Ale piękno to broń obosieczna, przywołam przestrogę któregoś ze znanych reżyserów (nie pomnę niestety już kogo), z grubsza było to tak:

– jak zaczynasz skupiać się na pięknych obrazkach to stajesz się fotografem

Bardzo mi to utkwiło w głowie. To było ostrzeżenie – to historia jest ważna a nie estetyka! Czy fotografia musi zajmować się produkcją tylko ładnych obrazków? I tu konieczna dygresja – ze swoich rozważań wyłączam fotoreportaż, fotografie zaangażowaną, dokumentacje bo z definicji zajmują się one opowiadaniem o świecie i przekazem emocjonalnym. I zresztą jest to clou naszej dyscypliny. Ale wracając do produkcji obrazków, którą się zajmuję, zadałem sobie kiedyś pytanie jak zmyć grzech „ładności”? Wyszło mi, ze tylko jakiś dodatkowy myk, zadra, spostrzeżenie, usprawiedliwią ten nadmierny wizualizm.  Niech będzie do bólu wymuskane ale niech coś jeszcze doda. Chciałbym aby zdjęcie choć trochę mówiło i w moich niestudyjnych pracach bardzo skupiam się na historiach, nawet gdy traci na tym estetyka.

Poniżej niezbyt wyszukana, ale jednak historia, też ze szklaneczką i butelką dobrego alko i paroma „nieistotnymi” dodatkami. Zrobiłem tę (a także parę innych) fotografii aby zmiękczyć troszkę katalogowo-poprawnościowy pakiet jaki był w specyfikacji całego zamówienia (zrealizowanego dla paru hoteli i restauracji).

Wydaje mi się, że warto czasem zastanowić się co się chce (lub można) opowiedzieć. Studio nie zwalnia z automatu z opowiadania. Co chyba w tym wątku jednak widać.

Na zakończenie dwa absolutnie 100% studyjne (metodami pracy) zdjęcia w plenerach zrealizowane dla dolnośląskich producentów (Runoland i Kozia Łąka). I delikatnie mówiąc, trochę się to różni od dotychczasowego pokazywania tych firm. I w obu skupiłem się przede wszystkim na historii.

Kosmiczne update

Kosmiczne update

Kosmiczne update

Zaplątały mi się jeszcze dwa zdjęcia co nie do końca pasowały do poprzedniego tekstu ale są z podobnej bajki. Pierwszy to pomysł na pokazanie zestawu gadżetów dla gracza. Parę zwyczajnych, banalnych przedmiotów a zamiast tego mamy wizję kosmicznego kokpitu i kosmosu. W tym drugim niewątpliwie bardzo pomaga odwrócenie do „góry nogami” czyli informacja, że grawitacja tu nie obowiązuje (a właściwie to jej nie ma). 

Od strony realizacyjnej bardzo lubię takie realizację i to na paru poziomach. Pierwsze, że uważam low key za „naturalną” tonację fotografii – ustawia klucze w istotnych miejscach nieistotną resztę przesuwa w cień. Powstaje obraz syntetyczny w którym bardzo łatwo jest pokierować wzrokiem odbiorcy. Ustawia to też doskonale krzywą reprodukcji tonów i pozwala bezproblemowo wykorzystać pełny możliwy zakres tonalny druku (bo w najwyższych światłach może być dosłownie zero a w cieniach dajemy sumaryczne 270-300 w podkolorach). Kolejny powód jest natury wygody realizacji – kładzie się po prostu parę przedmiotów i koniec roboty. Jak nam coś nie pasuje to tego nie oświetlamy. Przy jasnych realizacjach trzeba dbać o tło, wiarygodne przejścia z przedmiotu na tło, likwidować jakieś elementy techniczne. Sporo dodatkowej pracy. Przez wiele lat ciemna tonacja była bardzo charakterystyczna dla moich zdjęć – co nawet wyraźnie widać jak popatrzycie na tych parę wcześniejszych tekstów o fotografii analogowej. Spróbuję w przyszłości odnieść się jeszcze do tego dlaczego ciemna tonacja w advertorialu i edytorialu przegrywa z wydawałoby się predysponowaną tonacją low key.

Teraz goła fota.

Realizatorzy filmowi przyzwyczaili nas, że w kosmosie jest bardzo mało światła – stąd w zasadzie dominuje światło boczne. Jest to bardzo wdzięczne bo plastyka na tym zyskuje. Jak coś chcemy dodatkowo wydobyć to niewielki spot i po sprawie. Dokładnie według tego pomysłu zostało zrealizowane zdjęcie z teleskopami. Pokazuję parę wariantów. Pierwsze to surowa fota – jak widać parę starannie wybranych kierunków (chyba 4 ale może więcej), przygotowałem do tego jakieś dwa nieszablonowe tła z moich niekomercyjnych realizacji ale redakcja dołożyła swoje.